„Człowiek może zaprzyjaźnić
się z każdym psem, ale trzeba wiele czasu, wzajemnego zaufania i
wyrozumiałości, by doszło między nimi do współpracy. Nie każdy pies może być
partnerem danej osoby i, jak sądzę, nie każdy człowiek może być partnerem
danego psa.”
Archidiakon Hudson
Stuck
Ogólnie zwykło mówić się maszer
o każdym, kto prowadzi psi zaprzęg.
W rzeczywistości słowo to ma jednak dużo głębsze znaczenie. Prawdziwy maszer
jest częścią zaprzęgu znającym tak dobrze psi język, że stał się
pełnoprawnym członkiem stada, dbającym o jego przetrwanie i całkowicie od
niego zależnym. Posiada wielką wiedzę i doświadczenie, dzięki którym potrafi
odpowiednio zadbać o psy czy przetrwać w skrajnie trudnych warunkach.
Doskonale znając swój zaprzęg potrafi z nim rozmawiać, zaufać i całkowicie
się mu poświęcić, wie bowiem, że psy zrewanżują się mu z nawiązką.
Resztę niech dopowie cytowany
tekst…
„Na
szlaku psy wymagały nieustannej opieki. Seppala zainwestował w nie swój
czas, jak i pieniądze. Wychował każdego z nich od szczeniaka i znał równie
dobrze jak swoją żonę i dziecko. Żywił je i troszczył się o nie, a czasami
jadł z nimi, odrywając kawały suszonego łososia zębami.”
„Psy
były na pierwszym miejscu – powiedziała dziennikarzowi w 1954 roku jego
żona Constance, licząca wtedy pięćdziesiąt dwa lata. – W naszym salonie
często panował straszliwy bałagan: wszędzie leżały mukluki, uprząż, sanie
zaprzęgowe, liny ciągowe, sznury oraz pozostały sprzęt, ciągle reperowany i
na ogół zużyty.”
„Zdrowie
i humor psów trzeba było sprawdzać codziennie, niezależnie od tego, czy
zwierzęta biegły, czy nie. Wśród stada łatwo mógł się rozprzestrzenić
przypadkowy wirus i zupełnie je zniszczyć. Na szlaku należało uważnie
oglądać każdą parę psich łap i, gdy było to konieczne, leczyć je. Trzeba
było przy tym brać pod uwagę, jaki zapas sił miały zwierzęta. Dobry
poganiacz musiał umieć przedłożyć potrzeby psów nad swoje własne.
Powożenie było najłatwiejszą częścią zadania. Po dziesięciu godzinach na
szlaku najpierw musiały zjeść psy, a przygotowanie strawy zajmowało dwie do
trzech godzin. Trzeba było porąbać drewno i wyciąć dziury w lodzie, by
nabrać wody, którą następnie zanoszono do obozu wiadro po wiadrze – cztery
litry na każdego psa…”
„ Gdy
zwierzęta zjadły, poganiacz rozmasowywał im przemęczone mięśnie, po czym
ścinał świerkowe gałęzie na leże. Ich zapach i dotyk koił psy, których dobre
samopoczucie odgrywało przecież ważną rolę podczas długodystansowych
podróży…”
„…Następnie psy zaczynały się kręcić, zataczając coraz ciaśniejsze kręgi,
by wygodnie się ułożyć. Potem nakrywały nosy ogonami i zasypiały. Poganiacz
miał wreszcie trochę czasu, by zająć się sobą.”
„Jestem
dumny z trofeów, które zdobyłem – powiedział kiedyś Seppala – jednak
oddałbym je wszystkie za satysfakcje jaką czerpię z kontaktu z psami…”